Pewnego razu w komunistycznej Korei żył sobie pewien człowiek, który wynalazł internet. No, może nie sam internet, ale wymyślił jak w prosty, legalny sposób miliony jego rodaków mogą wyjrzeć za stalową kurtynę i zobaczyć, że reżim to nie wszystko i istnieje jeszcze Wolność Wyboru.
Pomysł został bardzo szybko skopiowany, powielony i zalał kraj niczym fala powodziowa. Reżim - zbyt powolny i skostniały, by szybko zareagować i zdusić ideę w zarodku - rozważał pomysły na ponowne odcięcie nieporadnych, głupich Koreańczyków od świata, na wypadek gdyby mieli zrobić sobie krzywdę i skalać umysły wbrew intencjom Partii.Sensem istnienia jednostki jest być częścią całości i to całość decyduje, co jest dla niej korzystne, a co nie.
Na dobrą sprawę jednak nie było sposobu - musiano by zakazać posiadania podstawowych domowych sprzętów - telewizora, radia, paru innych pierdół, które jakimś magicznym sposobem po odpowiednim złożeniu razem dawały dostęp do internetu.
Wylano by dziecko z kąpielą. Zatem nie tędy droga - wprawiony w wojnie ideologicznej i propagandzie Rząd zaczął nawoływać do walki z szataństwem, w zakładach pracy, szkołach, na ulicach rozdawano ulotki, wieszano dezinformujące plakaty a partyjne bojówki, milicja i wojsko zaczęło nękać domy zwykłych obywateli - bez wyraźnego celu i powodu, ot tak, by podnieść poziom strachu do granic rozbicia i dezorganizacji. Pokazowo skazano na śmierć nawet kilku "monterów" - w błysku fleszy i obiektywach kamer osądzeni bez prawa do głosu zostali "tradycyjnie" i w myśl prawa powieszeni na konopnej linie.
Każdy cywil miał wiedzieć, że działanie wbrew woli państwa prowadzi do "utylizacji" - zwykle związanej z czynnościami tak fantazyjnymi, jak wydrapywanie oczu i zbiorowe mogiły.
Sterroryzowane społeczeństwo jednak poznało smak alternatywy i nie zamierzało z niego tak łatwo zrezygnować - poprostu również dla zasady, a na narodowej jedności pojawiła się rysa. Kraj i naród, który sam siebie uważał za szczyt osiągnięć cywilizacyjnych pogrążył się w ruinie i chaosie.
A tu Polska. Kraj, w którym każdy urzędnik jest dość mądry, by decydować o życiu innych ludzi, nikt natomiast nie może stanowić o swoim własnym losie. Państwo opiekuje się obywatelami znakomicie, nie mogąc zakazać "dopalaczy", na które składają się substancje obecne w lekach i zwykłych produktach, postanawia zniszczyć legalnie działających i zarabiających pieniądze (którzy płacą jeszcze państwu podatki!) dystrybutorów, nękając ich kontrolami skarbowymi, sanepidowskimi, przekonując obywateli do tego, że są złem najczystszej postaci. Jednocześnie pozwalając legalnie zabijać się codzień alkoholem i nikotyną.
Polska - kraj demokratyczny, podobno nie wyznaniowy; naród walczący wiele wieków o własną wolność, wolność słowa, wolność wyboru - z zaborcami, a potem z komunistami.
Dlaczego nie dopalacze? Bo nie. Bo my tak chcemy. Bo masz żyć i pracować i łożyć na powiększającą się machinę biurokratyczną, na niewydajny system - zdrowotny, emerytalny, edukacyjny, które zapewnią Ci jedynie wrzody i nerwicę. Pal licho dopalacze, nie biorę tego gówna i mam prawo do takiego wyboru. Chcę to prawo mieć. Chcę mieć świadomość, że mogę wytatuować sobie "debil" na czole, że mogę biegać nago po ulicy, kiedy tylko zapragnę i umrzeć od przedawkowania cynamonu.
A nie mogę. Bo państwo na zasadzie "zesram się, a nie dam się" ma narzędzia, by zniszczyć Ciebie i mnie i nie ponieść za to konsekwencji. Równie dobrze mogą zakazać aspiryny, butów na obcasie, plecaków, strojów ciążowych, sedesów, wagarów i rekolekcji. Capoeira, sportu, siłowni, suplementów. Opłatka na święta i wódki na Andrzejki. Dlaczego?
BO TAK. BO MY TAK CHCEMY. A TY BĘDZIESZ POSŁUSZNY I POKORNY.
LUBIE TO!
OdpowiedzUsuń